Nie ma tego złego…

Październik 28th, 2013 | Posted by carinho in Kulinaria | Miejsca | Rejsy

28.10.2013r.                                                                                   35°20,’76N 025°08,56’E

Nie ma tego złego…

Tydzień w Heraklionie minął jak oka mgnienie. Znajduje się 70 mil na południe od trasy Balaou z Rodos na Maltę, ale musieliśmy tu zawinąć, bo tylko tutaj istniała możliwość naprawy autopilota – niezbędnego na zaplanowane 900 mil żeglugi.

balaou

Balaou czeka na serwis Raymarine

Może i służbowo, ale i tak miło było tu wrócić.  Wyjść rano na pokład i znów zobaczyć to miasto, znajomy port i twierdzę wenecką.

3

Miasto, z którym łączy nas wiele wspomnień…

Serwisant Raymarine nie był osiągalny przez kilka dni, ale i tak mieliśmy zajęcie. Każdy dzień upływał na drobnych naprawach i zwyczajnych, domowych porządkach. A to śrubkę dokręcić, a to linkę wymienić, a to odbijacze wyszorować, a to założyć nowe znaczniki na łańcuch kotwiczny, wymienić żarówkę na sailingu i w mesie, wymienić relingi na nowe, bo te już się spracowały… Niekończąca się lista drobiazgów do poprawki, jak to w domu 😉

maszt

Choć żarówki wymienia się inaczej niż w domu 😉

Pogoda na Krecie w październiku nie różni się od polskiego lata. Nadal jest ok.25-27 stopni, bez opadów ani dotkliwego, wieczornego chłodu. Tylko dni są już zbyt krótkie… Korzystając więc z okazji, łącząc przyjemne z pożytecznym, robiliśmy czasem wyprawy na skuterze po mieście i okolicy, nie tylko załatwiając sprawy techniczne związane z  jachtem, ale też zaglądając w znane i lubiane zakątki.

skuter

Sama jazda na skuterze to już frajda 🙂

Z pewnością to, co w Heraklionie jest najbardziej urocze, to wenecki port i XVI-wieczna twierdza Rocca del Mare, jedna z największych fortyfikacji weneckich na Morzu Śródziemnym i jedyna pamiątka dawnej chwały. Miasto niemal zostało zrównane z ziemią po 22-letnim oblężeniu przez Turków, a podczas II wojny światowej naloty i bombardowania dokończyły dzieła zniszczenia. Dlatego nie ma w Heraklionie zbyt wielu ładnych zabytkowych budowli, ale za to emanuje on kosmopolityczną atmosferą.

twierdza

Rocca del Mare

1

Stara część portu

2

Na Krecie, w przeciwieństwie do innych wysp, dominują ptaki a nie koty.

4

Nie znajdziesz dwóch takich samych kuterków 🙂 Pomysłowość nie ma granic…

Najczęściej odwiedzanym miejscem, zarówno przez turystów jak i miejscowych, jest Platia El. Venizelou. Dawniej był to rynek zbożowy, ale obecnie jest zamknięty dla ruchu samochodowego, a w cieniu drzew ulokowały się przytulne kawiarenki, restauracje i sklepiki z pamiątkami.

Platia_El_Venizelou

Ulubione miejsce spotkań i spacerów

W centrum placu postawiono piękną, wenecką fontannę, która została podarowana miastu w 1628r. i od tej chwili jest jego symbolem. Kruszące się już płaskorzeźby przedstawiają sceny z mitologii greckiej, między innymi uprowadzenie przez Zeusa fenickiej królewny – Europy.

Fontanna_Morosini

Fontanna Morosini – symbol Heraklionu

Plac i fontanna jest też ulubionym miejscem gołębi, których chyba jest tu więcej niż kotów na Rodos. Ale nie są one traktowane jak pospolite ptaszyska bezlitośnie brudzące pomniki. Grecy pamiętają, że od wieków ptak ten służył człowiekowi jako posłaniec i dzięki temu niejednokrotnie zmieniał bieg historii.
Gołąb pocztowy jest jedną z odmian gołębia skalnego. Nosi jeszcze inne nazwy: goniec, kurier, gołąb wędrowny, pocztylion i listonosz. Odznacza go kilka cech natury fizjologicznej: szybki i wytrwały lot, dobrze rozwinięty zmysł orientacji i dobrze utrwalona cecha „powrotnolotności”, czyli zdolności powracania z nieznanego mu miejsca do gołębnika. Zewnętrzne cechy gołębia pocztowego to przede wszystkim kolor i wzór upierzenia: biały, niebieski, czarny, czerwony, szpakowaty, pstry oraz barwa tęczówki: perłowa, pomarańczowa, czarna u białych gołębi oraz różowa u albinosów.

golab2

Model gołębia pocztowego

Gołębie pocztowe żyją przeciętnie 10?12 lat, choć znane są przypadki dożycia 20 lat. Przez całe życie jest nieodłącznie związany z rodzinnym gniazdem, to znaczy z gołębnikiem, w którym przyszedł na świat i wyrósł. Stary gołąb nigdy nie przywyknie do cudzego gołębnika. Gdziekolwiek byśmy go zawieźli i skądkolwiek go wypuścili, za każdym razem stara się on wrócić jak najprędzej do swego gniazda. Obdarzony z natury tęsknotą za domem, gołąb pocztowy pokonuje dziennie setki kilometrów bezbłędnie odnajdując właściwy kierunek, lądując po drodze tylko wskutek wyczerpania, pragnienia i głodu. Żadne niebezpieczeństwo nie zdoła go zatrzymać w drodze do rodzinnego gniazda, jeżeli tylko nie zostanie napadnięty przez drapieżne ptaki lub nie trafi na burzę uniemożliwiającą mu powrót. Ten naturalny instynkt gołębi od wieków budził fascynację w ludziach. Do dziś organizowane są zawody z ich udziałem, polegające na wypuszczaniu kilkuset do kilku tysięcy ptaków ze wspólnego startu, z odległości dochodzących czasem do 2000 km. Ich średnia prędkość przelotu na umiarkowanym dystansie, czyli 800 km, to 80 km/h, a na krótkich dystansach rzędu 160 km obserwowano  prędkości do 94,5 km/h(!).

golab1

Gładkie czy pstrokate, zasługują na podziw i szacunek 🙂

W starożytności gołębi używano do przekazywania informacji. W owych czasach były one pewniejszymi i szybszymi posłannikami niż piechurzy lub jeźdźcy. Marynarze starożytnego Egiptu wybierając się na morze zabierali ze sobą gołębie. Posługując się nimi przesyłali do domu wiadomości o swoim powrocie. Koronacja i uroczystość na dworze faraonów były również podawane do wiadomości za pomocą gołębi. W starożytnej Europie gołębie pocztowe najpierw służyły Grekom (już w V stuleciu p.n.e.), którzy posyłali je z wiadomością o wynikach igrzysk olimpijskich lub o zwycięstwie swoich wojsk. Po upadku Grecji hodowla gołębi pocztowych rozpowszechniła się u Rzymian. Znany rzymski historyk – Marcus Terentius Varro podaje, że gołębie pocztowe powszechnie służyły Rzymianom do przekazywania wiadomości o wynikach wyścigów konnych, o zwycięstwach gladiatorów oraz do wysyłania zaproszeń.
W ciągu stuleci VII i VIII w krajach znajdujących się pod panowaniem Arabów zorganizowano sieć systematycznej łączności pocztowej utrzymywanej za pomocą gołębi między miastami tych krajów. W miastach odległych od siebie Arabowie budowali specjalne wieże dla gołębi pocztowych, tak, że wiadomości można było przekazywać na wielką odległość. Taki system łączności istniał już w starożytnej Persji, a w XV wieku fantastycznie funkcjonował między większymi miastami Egiptu i Syrii, na przykład między Kairem, Aleksandrią, Gazą, Jerozolimą, Damaszkiem i Halah.
Do średniowiecznej Europy gołębie pocztowe były sprowadzane z Bagdadu przez marynarzy holenderskich. O używaniu tych gołębi do przekazywania wiadomości w czasie wojen świadczą dokumenty historyczne. Kiedy na przykład w roku 1249 król francuski Ludwik IX w czasie wyprawy krzyżowej zdobył Damiettę, sułtan został powiadomiony o ruchach wojsk zdobywcy za pośrednictwem gołębi pocztowych wysłanych przez wiernych mu ludzi. Z zapisów historycznych wiemy, że tego rodzaju pocztą posługiwano się przez kolejne wieki, na przykład w oblężonych miastach – Harlem (1572r.), Leyda (1574r.), Wenecja (1849r.). W XIX wieku gołębie pocztowe oddawały nawet usługi handlowe, przekazując wiadomości o spekulacjach bankowych. Firma Rotszylda, na przykład, posługując się gołębiami pocztowymi zawiadomiła w roku 1815 swój bank w Londynie o porażce Napoleona pod Waterloo, tak że zyskano trzy dni do spekulacji na giełdzie.
Na początku XX wieku, zwłaszcza podczas I wojny światowej, poczta gołębia również odegrała znaczącą rolę. Również w życiu cywili, zanim zorganizowano stacje telegraficzne i radionadawcze, gołębie pocztowe służyły do przyśpieszania łączności. Korespondenci i reporterzy prasowi wypuszczali gołębie, które szybko przekazywały do różnych redakcji wiadomości i notatki dotyczące wydarzeń politycznych i społecznych oraz notatki z posiedzeń lub uroczystości. Gołębie pocztowe oddawały usługi marynarzom pływającym na kutrach pościgowych, obsługom latarni morskich, w wypadkach rozbicia się okrętu, w badaniach naukowych wykonywanych na aerostatach, były też używane w służbie ratownictwa w Alpach, przez spadochroniarzy i pilotów, nadal przekazywały poufne listy i uczestniczyły w zawodach lotu. W miarę jak technika przekazywania wiadomości szybko się rozwijała, zwłaszcza za pomocą fal radiowych, rola gołębia stawała się coraz bardziej symboliczna. Obecnie hodowla tych ptaków służy raczej do celów sportowych.

5

Zieleni to w Heraklionie nie brakuje 🙂

Z romantycznego placu Venizelou wpadliśmy prosto w bazarowe klimaty. To również jest nieodłączny element greckiego życia. Na kolorowych straganach można kupić wszystko, od mydełek z najprawdziwszej oliwy, naturalne gąbki, przyprawy tradycyjnej kuchni i jej największy atrybut – oliwki na milion sposobów, aż po t-shirty, banany, lody i magnesy na lodówkę.

10

Dłuuuga aleja handlowa

11

Godzinę później… widać koniec bazaru

12

O! Na to, to łatwo nas namówić 🙂

Gdy tak sobie szperaliśmy na straganach, zadzwonił długo wyczekiwany telefon od serwisanta Raymarine. Dziś wieczorem wreszcie rozgryziemy problem autopilota. A podczas naszej nieobecności w porcie zawrzało. Na wodzie roiło się od maleńkich łupinek z chusteczką do nosa na patyczku, a na kei zgromadzili się widzowie i kibice – właśnie dobiegały końca mini-regaty mini-żeglarzy, którzy kiedyś być może będą sławni 🙂

regaty

Najważniejsze to mieć pasję od dzieciństwa 🙂

regaty (2)

OLYMPIC CHAMPION… Nazwa olbrzyma w tle brzmi w tym kontekście jak wróżba 😉

Serwisant zgodnie z zapowiedzią, pojawił się o 18tej, czyli już po zachodzie słońca. Jak przystało na prawdziwego pana doktora, przeprowadził z kapitanem szczegółowy wywiad co do okoliczności, w jakich autopilot przestał działać. Podejrzenie padło na kompas, któremu „coś” przeszkadzało odnajdywać północ magnetyczną. Tyle wiedzieliśmy nawet bez konsultacji, ale najpierw trzeba było ten kompas znaleźć. Nie ma standardowego miejsca na instalowanie go na jachcie, są jedynie wskazówki i zalecenia, aby działał prawidłowo. A więc gdzie on jest??? Przez cały rejs do Heraklionu szukaliśmy go w najróżniejszych miejscach, bez powodzenia. A profesjonalista jak to profesjonalista, wszedł do kajuty rufowej, lewej, rzucił okiem na wnętrze, po czym zajrzał do szafy i … znalazł.

kompas

Kompas wysyłający do autopilota sygnał o pozycji względem północy magnetycznej

Znalazł za jednym zamachem przyczynę całego zamieszania – metalowe wieszaki, które choć w plastikowej otulinie, zakłócały pracę kompasu, tym bardziej, że bez zawieszonych ubrań nieustannie się bujały.

wieszaki

Taka banalna przyczyna dużego kłopotu…

Usunąwszy z szafki bezpośrednich winowajców zakłóceń pracy kompasu, należało ponownie skalibrować autopilota podczas powolnego przemieszczania się jachtem w kółko po basenie portowym.

serwis

Ulga na twarzy i … w kieszeni 😉

Manolis był niezwykle dumny ze swojego „nosa”, że tak od razu odnalazł kryjówkę kompasu. A my oczywiście byliśmy przeszczęśliwi, że tak łatwo poszło i że nie była to faktycznie awaria autopilota tylko, w gruncie rzeczy, zabawna historia z wieszakami na ubrania.

serwis (2)

„No cóż… jestem najlepszy w branży. A mój sprzęt? Popatrzcie tylko… „

Uradowani, że w końcu możemy kontynuować naszą podróż na Maltę, zaproponowaliśmy Manolisowi kieliszeczek polskiej wiśnióweczki. Niestety, mimo że słońce już dawno zaszło za horyzont, nie byliśmy jego ostatnimi klientami. Po kilku dniach nieobecności w mieście jedynego serwisanta Raymarine w promieniu setek mil, ustawiła się do niego dłuuuga kolejka żeglarzy. Facet nie wróci do domu przed północą.

zachod_slonca

Majestatyczne góry Idi

To rzadka okazja podziwiać zachód słońca w górach siedząc w kokpicie jachtu. Góry Idi to nie byle pagórki. Rozciągają się długim pasmem przez wyspę, a ich najwyższy szczyt osiąga 2456m n.p.m. Góry i morze zawsze tworzą zachwycająco piękny duet…  Takie widoki skłaniają człowieka do rozmyślań. Z jednej strony chcemy już wypłynąć, bo czas nagli, ale z drugiej strony żal się rozstawać… Ale, ponieważ wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, to jutro, po tygodniowej pauzie, opuszczamy Heraklion i ruszamy dalej na zachód, do Rethymnonu. Przed nami jeszcze ponad 700 mil do Malty. Schodząc z wyznaczonej trasy mamy teraz dłuższy dystans do pokonania, ale nauczyliśmy się czegoś w temacie kompasu i autopilota, zrobiliśmy dokładny serwis całego jachtu od żarówek i śrubek po relingi, no i mamy przyjemność kolejny raz przez kilka dni pożeglować przy niezwykłej, czarującej wyspie. W sumie… nie ma tego złego 🙂

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 You can leave a response, or trackback.

One Response

  • Juniper says:

    A więc wróg czaił się w szafie… Dobrze, że sprawa się wyjaśniła, przecież juz wcześniej kręciłiśmy kółka na Balaou żeby skalibrować autopilota, ale daremnie. Kto mógł wiedzieć, że winne są wieszaki. Gołębie kreteńskie jakby ładniejsze niż u nas. Ciekawy post i pięknie ozdobiony zdjęciami. Pomyślnych wiatrów w drodze na Maltę!



Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Login